Kategorie: Wszystkie | historie | miejsca | osoby | rozmowy
RSS
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Tragiczna historia lubelskiej fary

Kto przyjdzie na to miejsce, ujrzeć może wzruszający zarys kościoła, którego nie ma. Jeśli umie wyobraźnią widzieć, z powietrza wyprowadzi sobie na tych fundamentach mury nawy, wieży i kaplic – napisał w 1936 r. Józef Czechowicz. Spróbujmy zamknąć oczy i pod powiekami odnaleźć niewidzialny kościół. Cofnijmy się najpierw do roku 1727.

9 maja, podczas odbywającego się trybunału, jego pracę przerwał krzykiem woźny Hadrowicz: „Jezus na krzyżu łzy rzęsiste roni”. Zerwał się ks. Byszewski, pobiegł do krzyża, wrócił na salę i zawołał: „Mości panowie, krucyfiks płacze!” Cały trybunał ruszył do oglądania, a ks. Kamecki, wszedł po drabinie, by z bliska przyjrzeć się Chrystusowi i łzy otrzeć. Zdjęto krucyfiks i okazało się, że wyobrażenie Zbawiciela całe było okryte kurzem i suche. Z wyjątkiem prawego oka i miejsc na ciele skropionych łzami.

Lublin zadrżał od plotek. Świtem, ks. Chlebowski z ks. Czabajskim, obwinęli w chusty krucyfiks i przenieśli go do kolegiaty św. Michała. Umieszczono go w ołtarzu Pana Jezusa Miłosiernego i odprawiono uroczystą mszę. Lublin zaczął garnąć się do cudownego wizerunku Zbawiciela, który znalazł sobie miejsce w świątyni, co przez pół tysiąca lat górowała nad miastem. To tu Lublinianie odbierali w najważniejszych chwilach namaszczenie religijne i łaskę Bożą. Tu stawiali kaplice i ołtarze. Zawieszali wota przy cudownych obrazach. Jak pisał ks. Jan Ambroży Wadowski, tu „kopali sobie groby na wieczny spoczynek”...

Cudowny sen

A wszystko zaczęło się od Leszka Czarnego, księcia krakowskiego. Kiedy dowiedział się, że Jaćwingowie najechali ziemię lubelską, zniszczyli ją i obrabowali – ruszył w pościg. W Lublinie odpoczywał na jednym ze wzgórz i podczas snu pod potężnym dębem, zastąpił do niego Archanioł Michał. Wręczył mu ognisty miecz i do zwycięstwa zachęcił. Przez niebieskiego wysłannika cudownie zapewniony, ruszył z rycerstwem za najeźdźcą, dopędził między Narwią a Niemnem, odebrał łupy i jeńców.

Po powrocie z wyprawy litewskiej w 1282 r. ufundował kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Dokładnie w tym miejscu, gdzie Michał, niebieski posłannik, wytyczył niebiańskie miejsce na ziemi. Podczas wznoszenia budowli, pień ściętego dębu zachowano na pamiątkę pod głównym ołtarzem. Kiedy w XIX w. kościół rozbierano, pod wielkim ołtarzem znaleziono pień dębowy...

Na pięć mil widoczny

Zapewne w XV w. mieszczenie lubelscy dobudowali do kościółka wieżę frontową, wspaniałą, najwyższą z wież lubelskich, do pięciu mil z dala widoczną. Zbudowano ją w stylu gotyckim. Szczyt wieży zdobiła kopuła wielka, zegar i krzyż z chorągiewką. Na wieży umieszczono dzwony, w tym ten najważniejszy ze św. Michałem. Jego dźwięk miał chronić kościół i miasto przed nieszczęściem.

Jakieś fatum musiało ciążyć nad świeżo upiększonym kościołem. W 1574 r. pożar zniszczył miasto, a wieża, chluba miasta, runęła na ziemię. Nad świętomichalskim kościołem zapłakał Sebastian Klonowic, poeta i obywatel lubelski. Kiedy w 1596 r. Jerzy kardynał Radziwiłł wizytował kościół, znalazł go tak opuszczonym i zaniedbanym, że upomniał rajców miejskich, by świątynię odbudowali i wewnątrz uporządkowali.

Fatum?

W 1602 r. odbudowa kościoła była na ukończeniu. Starano się świątynię uczynić obszerniejszą. Nie dało się jej wydłużyć, podniesiono więc mury nawy i sześciu kaplic wysoko ponad sąsiednie budynki. Dodano siódmą, pod tajemniczym zawołaniem: „In horto Christi”. W 1610 r. prace ukończono.

I cóż z tego? W 1653 r. wieża spłonęła ponownie, odbudowano ją w 1741. W 1769 nad miastem rozszalała się burza. Piorun zrzucił krzyż z kościelnej wieży, naruszając dach. Dla Lublinian był to bardzo zły znak. Potwierdzał fatum, ciążące nad świątynią. Ale jeszcze raz podniosła się z gruzów.

W niewidzialnym kościele

Uchylmy wielkich, malowanych drzwi i wejdźmy do środka. Kiedy okno nawyknie do półmroku, przed Wami ukaże się widok, jakiego nie znajdziecie w żadnym z istniejących kościołów.

W oczy rzuca się posadzka. Po bokach z cegły i kamienia murowana. Środkiem, aż do wielkiego ołtarza, wytyczono drogę. Co to za budowniczy, co w kamień wpasował szlak, uczyniony z białego i czarnego marmuru?. Idziemy w półmroku, by na środku marmurowej drogi natchnąć się na kamieńbiały, a na nim herb Płomieńczyk w cyrkule i tablicę mosiężną. To nagrobna płyta. Idziemy dalej. Nasze stopy przecierają zatarte litery. Z szeregu płyt układa się ścieżka ludzkich żywotów, wytyczona przez Panią Śmierć.

Wprawne oko dostrzeże w bocznych kaplicach drzwi drewniane. Prowadzą do grobów, dookoła kościoła pod ziemią murowanych. Ale w głównej nawie zejścia do grobów nie będzie. Bo nie zbudowano tu sklepionych krypt na trumny. Więc kto chciał leżeć na środku świątyni, albo bliżej głównego ołtarza, wyjmował z posadzki kamień, kopał dołek, by w tą śmiertelną pustkę rodzina złożyła doczesne szczątki. Od wierzchu kładziono marmurową płytę ze skromnym napisem. Czas płynął, a ścieżka z grobowych płytek wydłużała się, by zająć na przestrzał cały kościół. Ale idźmy dalej.

De Passione Domini

W prezbiterium wznosi się wielki ołtarz, bogato złocony. Uderza ogromna ilość obrazów i świętych postaci. Najpierw Narodzenie Pańskie, potem Niepokalane Poczęcie, Nawiedzenie i Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny. Dwa wizerunki św. Michała. No i ten najważniejszy, na którym Święty Michał zjawia się Leszkowi Czarnemu. Tuż obok ołtarza stoją dwie urny wielkie z rzeźbami posrebrzane, w których znajdują się cudowne relikwie.

Idźmy do bocznych kaplic. Do tej, poświęconej cierpieniu w Ogrójcu, nazwanej Ogrodem Chrystusa. I do tej, gdzie wisi cudowny krzyż trybunalski.

Wystarczy uklęknąć. Zamknąć oczy. Spod powiek wynurzy się tłum alumnów, kanoników i mieszczan, którzy prowadzą Chrystusa w cierniowej koronie. Chrystus dźwiga ciężki krzyż. Do uszu wdziera się stukot kołatek, w oczy gryzie kadzidlany dym.

Wszystko się zgadza. To tu, w świętomichalskim kościele narodził się w Lublinie teatr. Tu odbywały się liturgiczne dramatyzacje, a potem misteria. Tu, przez wieki odgrywano w Wielkim Tygodniu Tragedię Męki Pańskiej.

Początek zniszczenia

W 1826 r. najpiękniejszy z lubelskich kościołów przestał być kolegiatą. Pozostał farą. Kiedy w 1832 roku ukończono rozbudowę pojezuickiego kościoła św. Jana i tam ulokowano katedrę – wyniesiono z fary cudowny krucyfiks i co cenniejsze przedmioty ze skarbca, zakrystii i kościoła do katedry.

Ogołocony z ozdób, pozbawiony funkcji kolegiaty, zaczął umierać. Pękały mury, niszczał dach, od czasu do czasu odprawiano tu msze św. Mury ze stromej wieży zaczęły odpadać kawałkami.

Miejscy rajcy nie zastanawiali się długo. 24 marca 1846 r. magistrat miejski zawarł umowę z Janem Woźniakowskim, majstrem ciesielskim, nakazując mu rozebrać mury kościoła i uprzątnąć gruzy z placu. Skazali dumny kościół na śmierć.

Agonia

Wieża była ogromna, plac mały, rozbiórka szła powoli. Jak twierdzili naoczni świadkowie, mury Świętego Michała były tak mocne i zdrowe, że musiano używać prochu do ich rozsadzenia.

Ołtarze i sprzęty poszły najpierw na przechowanie do obszernych korytarzy klasztoru Dominikanów. Stamtąd rozdano je do podlubelskich kościołów. Jak podaje ks. Wadowski, ołtarz wielki św. Michała poszedł do kościoła w Nabrożu. Inne od kościołów w Łuszczowie, Piaskach, Bychawce.

Po kilku latach rozbiórki z dumnego kościoła została kupa gruzu. Gotyckie nagrobki poginęły. Z czasem zaczęto odnajdywać je w progach i posadzkach przysionków kamienic przy ul. Grodzkiej. W 1850 r gruzy fary zaczęto wywozić na budowę szosy lubartowskiej. Dwa lata później wykopane kości pochowano na cmentarzu przy dzisiejszej ul. Lipowej. Smutny ten obrzęd był symbolicznym pogrzebem fary. Resztki fundamentów i krypt zasypano. Pozostał pusty plac z niewidzialnym kościołem.

Gwiazdy nad farą

W latach 1936-38 fundamenty kościoła rozkopano. Świadkiem był Józef Czechowicz. Zapisał swój żal nad niewidzialnym kościołem. Mówił, że gdy stanąć na pustym Placu po Farze nocą, gwiazdy przeświecają przez gotyckie żebra kościoła z powietrza. Prof. Władysław Panas, badacz mistycznych dziejów archanielskiej świątyni twierdzi, że gdy stanąć obok budynku starej Mansjonarii i spojrzeć w smutną twarz Chrystusa na ceglanym murze, to nawet w bezwietrzny dzień da się słyszeć delikatny, specyficzny szum anielskich skrzydeł.

Czy to św. Michał sfrunął z Nieba i pilnuje niewidzialnej świątyni?

Co zostało po Św. Michale?

– Obraz „Sen Leszka Czarnego”, kościół O.O. Kapucynów

– Chrzcielnica, katedra

– Krucyfiks trybunalski, katedra

– Nagrobek S. Klonowica, katedra

– Dzwon św. Michała, Muzeum Archidiecezjalne

– Co jeszcze? Kto wie? Czekamy?

sobota, 02 czerwca 2007
Rozmowa z Pawłem Huelle: Jezus jest, ale nie w kościele

• Co się stało z polskim Kościołem?

- Żle się stało. Najgorsze w kryzysie jest to, że wielu hierarchów daje zły przykład. Przez złe uczynki, przez zaniechanie walki z tymi uczynkami. I zamiatanie pod dywan. Co tu dużo mówić, przykład idzie z góry. Choć znam też kilku wspaniałych księży, z którymi się przyjaźnię i w życiu bardzo mi pomogli.

• Skąd ten kryzys?

- W Polsce Kościół miał podwójnie ulgową taryfę; wręcz luksusową sytuację. Pod koniec komuny cieszył się absolutnym poparciem społeczeństwa. Drugi bonus, który dostał Kościół, to jest Jan Paweł II. Duża część hierarchów wyższego i średniego szczebla spoczęła na laurach. Wydało im się, że jak już mamy papieża, to sprawy duszpasterskie i inne same się rozwiążą.

• Skąd tyle pychy w polskim Kościele?

- Pycha jest grzechem, na który wszyscy jesteśmy narażeni. Najgorsze jest to, że mamy prawo i musimy od hierarchów i przewodników wymagać więcej. Żadnej taryfy ulgowej. To są ludzie, którzy z racji namaszczenia mają przewodzić. Dlatego pycha hierarchy kościelnego jest groźniejsza niż pycha szaraka.

• Co może zrobić Kościół?

- Musi przemyśleć swoją sytuację. Świat i cywilizacja idą w kierunku sekularyzacji. Na zachodzie kościoły są puste. Ja nie twierdzę, że tak będzie w Polsce za dwadzieścia lat; ja nie chcę żeby tak było.

• Jest chyba gorzej, bo Kościoła nie ma w ludzkich sercach?

- Nie mam prawa wypowiadać się za wszystkich, ale tak jest. Wydaje mi się, że nasz stosunek do wiary jest stosunkiem chłodnym. Bardzo często praktykujemy, chodzimy do kościoła, ale się nad tym nie zastanawiamy.

• W pana ostatniej książce - "Ostatnia wieczerza” - na obrazie nie ma Chrystusa.

- Znak czasów. Jeśli nie ma go w sercach ludzkich, to po co ma być na ostatniej wieczerzy? I tak nikt nie zauważy jego nieobecności. Chciałbym, żeby każdy zastanowił się, czy w jego życiu jest ta postać. A nie ksiądz proboszcz czy biskup. Bo to jest nieistotne. To są tylko urzędnicy.

• Wychodzimy z kościoła. Powiedział pan kiedyś, że na bezludną wyspę zabrał by pan kilka płyt i książek. W tym poezje Czechowicza. Dlaczego?

- Zabrałbym tylko poetów. Czechowicz należy do tych najbardziej ukochanych. Z jego wierszy wyrasta magiczny Lublin. Gdybym miał opuścić Gdańsk, sprzedać mieszkanie, to przeprowadziłbym się do Krakowa albo Lublina.

• Czy w pana życiu zdarzają się cuda?

- Takie cuda jak w ewangelii nie. Zdarzają się cudowne momenty. Ja je nazywam momentami natchnienia czy euforii. Wtedy świat człowiekowi wydaje się cudowny i wspaniały, dobry i cudowny.

• To szczęście?

- Wtedy jesteśmy szczęśliwi, kiedy nie cierpimy. Szczęściem jest brak cierpienia.

• A szczęśliwe moment w pana życiu jakie są? Kawa z żoną?

- Żona pije herbatę. To jest bardzo przyjemny moment. Ona pije herbatę, ja kawę, patrzymy na nasz ogródek przez domem. Patrzymy na przechodzące koty. Na sroki, które krzyczą na te koty. Na koty podwórkowe nad którymi sprawujemy pieczę. Na trzyletnią kotkę, klasycznego dachowca-bezrasowca polskiego, którego przygarnęliśmy poranionego z obciętym uchem. Nazywa się Mi, tak jak ta mała z Muminków, chociaż jest duża i gruba. Na Heraklita, rasy cornish rex, podobnego trochę do egipskiego, błękitnej maści. Musi być mędrcem. Na chmury, które płyną znad morza. To wystarczy, to jest wielkie szczęście...

• A miłość? Jest siłą?

 - Jeśli stoimy na gruncie filozofii chrześcijańskiej, a nie mam powodu żeby się do tego nie odwoływać, to wydaje się że akt stworzenia świata jest aktem miłości. Bo to oznacza, że coś powstało? Że Bóg tak chciał. I uczynił to z miłości. Zatem sądzę, że boska siła, która jest miłością, porusza planety.

• A człowiek jest malutką cząstką tej siły?

- Tak... A najgorzej, gdy człowiek rości sobie pretensje, by być czymś więcej. Jesteśmy pyłem, drobinką w tej całej machinie istnienia i trzeba to należycie rozumieć i oceniać. I znać swoje miejsce w szeregu. Co nie oznacza, że nie mamy prawa zachwycać się całością. Od tego jest między innymi sztuka.

• Wierzy pan w anioły. Potrafi się pan z nimi dogadać?

- Aż tak to nie. Natomiast myślę, że anioły istnieją. Najpiękniej opowiadał o nich Malczewski. Bo to są płótna i obrazy pełne aniołów w polskim pejzażu. Piękne połączenie. Najciekawiej o aniołach pisze w drugiej strofie II elegii Rilke, gdzie znajdziecie kilkadziesiąt określeń aniołów. Są tam piękne metafory dające bardzo dużo do myślenia. Oddają istotę anielskości. Tak, wierzę w to, że pośredniczą między nami a Bogiem.

• Jeden z amerykańskich kardiologów, który przez wiele lat zakładał ludziom by-passy mówił, że tak naprawdę potrzebują duchowych by- passów. Od siebie do swojego serca. Od swojego serca do serca drugiego człowieka.

- Bardzo dobrze powiedziane. Staram się, żeby moje relacje ze światem i bliskimi osobami nie ulegały zamuleniu, żeby były otwarte, przejrzyste i czyste. W związku z tym osobiście nie mam potrzeby takich by-passów. By-pass to obejście zatoru. Ja staram się nie dopuszczać do takich zatorów. 

Paweł Huelle

Pisarz, poeta, prozaik, dramaturg, krytyk literacki. Urodził Sie w Gdańsku w 1957 r. Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Gdańskim, wykładał filozofię w Akademii Medycznej w Gdańsku. W latach ‘80 związany z prasą konspiracyjną. Pierwsze wiersze i opowiadania drukował w "Twórczości”. Rozgłos w kraju i za granicą zdobył debiutancką powieścią "Weiser Dawidek”. Jego książki przełożono na kilka języków. Jest laureatem Paszportu Polityki 2001 i... bohaterem konfliktu z ks. Jankowskim. Określenia zawarte w felietonie pisarza godziły w dobra osobiste ks. prałata Henryka Jankowskiego - tak uznał Sąd Okręgowy w Gdańsku i nakazał pisarzowi przeproszenie prałata. Ks. Jankowski poczuł się obrażony stwierdzeniem, że "przemawia jak gauleiter, gensek, nie jak kapłan”, a za dobra materialne mógłby się wyrzec polskości.

piątek, 25 maja 2007
Tomek Pietrasiewicz - Sztukmistrz z NN

Wstaje o 3.30. Idzie z psem na spacer. O piątej rano otwiera drzwi do Grodzkiej Bramy. Pracuje do wieczora i żyje jak pustelnik. Tak odkrył, że w grobie Czechowicza nie ma Czechowicza. Teraz znalazł miejsce, gdzie zamurowano Jaszę, bohatera słynnej powieści Singera "Sztukmistrz z Lublina”. Jedni go za Ośrodek Brama Grodzka uwielbiają. Inni zarzucają, że stworzył oddział przedsiębiorstwa Holocaust. Tomasz Pietrasiewicz. Kim jest ten człowiek?

Poniedziałek. Dzień jak co dzień. Pobudka o 3.30 i spacer z psem. Że kundelek stary, wolno obszedł kochany Lublin. Aleje Racławickie, potem Ogród Saski, gdzie wilgotno i słodko rozpachniały się bzy. Krakowskie Przedmieście, Grodzka i Plac Rybny, gdzie już panoszył się zapach cebularzy od Kuźmiuka. Jeszcze Lubartowska i Karmelicka, gdzie przed wojną tętnił targ. Staszica, gdzie mieszkał Czechowicz.Plac Litewski, gdzie w miejscu fontanny stała cerkiew. Ogród Saski jeszcze raz, gdzie ptaki obudziły się na całego. W domu szybki prysznic, herbata. Śniadań nie jada. I znów piechotą do pracy. Gabinet na poddaszu, sterta książek, Internet, kilkanaście spotkań zaplanowanych na cały dzień; ze świętą przerwą na obiad. Prosty: pierogi, kasza. Ostatnie spotkanie o godz. 20. i wcześnie spać.

Pokonani przez tanie wino

Matka z Tczewa. Księgowa. Ojciec spod Białegostoku. Zawodowy wojskowy. Poznali się w Tczewie, wylądowali w Lublinie. O korzeniach nie che mówić. - Nie mam ich. Dziadek zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Tyle... - ucina krótko. Ogolony na łyso, rogowe okulary. Podobne do tych, jakie znajdowano w ziemi obozu na Majdanku.
- Wychowałem się na ulicy Puchacza pod Majdankiem. Z jednej strony krematoria. Z drugiej cygańskiej wozy stojące w ogródkach. Był nawet domek cygańskiego króla. Dźwięk bransoletek, roztańczone biodro Cyganki. No i bar Pikolo, gdzie co jakiś czas ktoś dostał nóż pod żebro - opowiada Pietrasiewicz.
Z Bronowic przeprowadził się na Spadochroniarzy. Na skraju Wieniawy.
- Z naszego podwórka może nas dwóch, może trzech ocalało. Resztę chłopaków pokonało tanie wino. Ja cudem się wyrwałem - dodaje z zadumą.

Fizyka teoretyczna

Po podstawówce poszedł do technikum, ze specjalnością teletransmisja. Na maturze zbudował przekaźnik. Ta wiedza przydał mu się, gdy w podziemiach Trybunału Koronnego ożywiał "Pożar miasta Lublina”.
Ze szkoły pamięta jeszcze polinistkę, Elżbietę Szypulską. - Była w moim życiu jak kolorowy ptak. Przez nią ciągle siedziałem w bibliotece. Szperałam. Proust, Kafka, Gombrowicz - wylicza.
Na studiami nie zastanawiał się długo.
- Chciałem lepiej zrozumieć świat i poszedłem na fizykę teoretyczną. Ale wdepnąłem w teatr. Podziemny. To zmieniło moje życie. Poznałem Krzyśka Borowca i Janusza Opryńskiego. Na dobre wsiąkłem, gdy trafiłem do teatru "Grupa Chwilowa”. Pracowałem od 1977 do 1990 roku. Po drodze było wydawnictwo "Fis”, które założyłem z Andrzejem Peciakiem i Pawłem Bryłowskim - wspomina Pietrasiewicz.

NN - imienia nie znam

Wreszcie, w 1990 roku założył Teatr NN z siedzibą w Bramie Grodzkiej i przylegającej doń kamienicy.NN?- Nomen nescio: imienia nie znam. Wtopić się w swoje dzieło, wtulić się w jego ciepło i istnieć tylko poprzez nie. Zakryć twarz czarnym welonem. Odejść na spotkanie Ciemności bez obaw i strachu zostawiając swój Teatr odbity w czyichś uważnych oczach. Zostawiając swój ślad - tłumaczy.Studiując historię Bramy Grodzkiej, zaczął zbierać relacje ludzi. Był zupełnie zaskoczony, kiedy dowiedział się, że puste przestrzenie obok bramy zajmowała kiedyś wielka żydowska dzielnica.- Po zniszczeniu przez Niemców dzielnicy żydowskiej, w organizmie miejskim powstała olbrzymia wyrwa i pustka. Minęło kilkadziesiąt lat i nowy Lublin, ten odbudowany po wojnie, zapomniał o polsko-żydowskim mieście. O tym, że na wielkich pustych placach wokół lubelskiego Zamku stało kiedyś tętniące życiem miasto z ulicami, domami, synagogami.

Przedsiębiorstwo Holocaust

"Hasło obrazujące kontrowersyjny pogląd, iż holokaust w ostatnich latach stał się dochodowym biznesem, z którego zyski czerpią przede wszystkim Żydzi niepokrzywdzeni bezpośrednio przez zbrodnie hitlerowskie. Jako pierwszy terminu tego użył amerykański naukowiec pochodzenia żydowskiego Norman Finkelstein” (za Wikipedią)
Ci, co Pietrasiewicza w Lublinie nie lubią, pokątnie szepczą, że Pietrasiewicz "pracuje dla Żydów”.
- No wie pan, inwentaryzuje ich mienie, tworzy dokumentacje, zrobił dokładną makietę. Żydzi mają jak na dłoni, co mogą nam odebrać - mówi anonimowo jeden z poważnych pracowników poważnej instytucji kulturalnej w Lublinie. - Pan przecież słyszał o przedsiębiorstwie Holokaust, prawda?
Pietrasiewicz też słyszał. - To jest temat dla psychiatry - ucina krótko Pietrasiewicz.
Po chwili zamyślenia dodaje:
- Podobny przypadek jak ten z pomnikiem króla Dawida, co go nie chcieli w Zamościu. No to trzeba pozbyć się Matki Boskiej i Jezusa. Bo byli Żydami - mówi z goryczą.
A żydowskie roszczenia?
- Żyjemy w państwie prawa. Jak ktoś coś miał, ma na to dokumenty i mu zabrano, to mu się należy z powrotem.

Dyktator

Na etacie w Ośrodku Brama Grodzka Teatr NN ma 25 osób.
Jest na pierwszym miejscu w Lublinie w ilości pieniędzy pozyskiwanych z rozmaitych fundacji. Nie czeka na państwowe dotacje.

Za sobą ma głośne wystawy na Majdanku, multimedialne akcje: Jedna ziemia dwie świątynie, Misterium dzwonu, Spacer z Czechowiczem. Zbudowanie ogromnego archiwum "Pamięć miejsca” i spektakle z Witkiem Dąbrowskim.
I plany, plany, plany...
Jest pracoholikiem. Nie ma taryfy ulgowej ani dla siebie, ani dla zespołu.
Błędów nie wybacza.
- I tu jest problem - mówi jeden z pracowników ośrodka. - Jest wizjonerem, porywa do pracy. Tyle że pracujemy za grosze.
Pietrasiewicz się nie zgadza. Może pokazać kolejne pisma, które wysyłał z prośbą o podwyżki. - Fakt, mało zarabiają. Ta sytuacja się zmieni - mówi krótko.

Sztukmistrz z Lublina

Do pokornych nie należy. Zawalczył o Czechowicza dla Lublina. Za namową prof. Władysława Panasa zaprasza na spacery śladem "Poematu o mieście w Lublinie”. Tropi losy poety. Jak ogłosił, że w grobie przy Lipowej nie ma Czechowicza, bo bomba rozerwała go na strzępy i że trzeba to zbadać, Ewa Łoś, kierownik Muzeum Czechowicza powiedziała, że nie da ruszyć grobu poety. Teraz Pietrasiewicz wydał książkę: "Czechowicz. W poszukiwaniu ukrytego miasta”, która dostała właśnie nagrodę w konkursie na najpiękniejszą książkę roku.
Po drodze odkrył, że Hanka Ordonówna była żydowską dziewczynką z Lublina i w tej sprawie prowadzi prywatne śledztwo.
Od kilku lat wędruje po Wieniawie i szuka śladów Jaszy z Lublina, bohatera głośnej książki Singera "Sztukmistrz z Lublina”.
- Wreszcie znalazłem miejsce, gdzie miał gospodarstwo, żył i gdzie na koniec życia zamurowano go w pustelni - mówi rozentuzjazmowany Pietrasiewicz.

Kolejny projekt: adopcja

- Tak jak się adoptuje dziecko, będę namawiał ludzi, żeby adoptowali historie ludzi, których już nie ma. Będą opowiadać je do końca życia - wyjaśnia.
Sam adoptuje historię małego, żydowskiego chłopczyka z Kamionki, który osiwiał w ciągu kilku minut, kiedy prowadzono go na egzekucję...

13:55, autorzy , osoby
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 maja 2007
Wieniawa

Ona:

Zamykam oczy i wciąż nie mogę sobie wyobrazić tego, o czym opowiada. Nieraz patrzyłam przez okno mieszkania na miasteczko, którego już nie ma. Wpatruję się w fotografię, którą wykonał Józef Czechowicz. W oczy postaci na pierwszym planie...

 

On

A więc zabieram Cię na spacer. Na ulicę Leszczyńskiego w Lublinie. Kino Kosmos, stadion na Wieniawie. Dziś już nikt nie pamięta, że przed wojną było tu malownicze miasteczko. W miejscu kina i stadionu Lublinianki był czworoboczny rynek otoczony ulicą Dawną, Ogródkową i Przy stawie. Na rynku stała synagoga. Pomiędzy Czechówką a ulicą Leszczyńskiego rozciągał się kirkut.

– Wzdłuż obecnej ulicy Leszczyńskiego stały liczne karczmy, winiarnie i zajazdy. Najsłynniejszym mieszkańcem Wieniawy, który rozsławił ją na świecie był Jakub Horowic – Widzący z Lublina. Przybył tu z Łańcuta, mieszkał wiele lat, zasłynął jako rabin cudotwórca – opowiada Tomasz Pietrasiewicz z Teatru NN, który tropi historię Widzącego i Sztukmistrza z Lublina.

To tu także rozkładał swój tabor Jasza Mazur, bohater książki Singera.

Kim był Jasza Mazur? Wiemy, że chodził na rękach, po linie, połykał ogień i miecze, potrafił też otworzyć każdy zamek i uwieść każdą kobietę. Twierdził, że „zamek jest jak kobieta. Wcześniej czy później musi się poddać”. Jednym słowem, był królem życia. I marzył o lataniu.

Jego występy na Wieniawie gromadziły tłumy. Z przedmieść Lublina często wyrywał się do Piask. Najprawdopodobniej tam, gdzie od wieków handluje się w Piaskami końmi, rozpinał linę między drzewami. Zawsze towarzyszłya mu aystentka Magda. I tam zabiorę Cię na następny spacer...

niedziela, 20 maja 2007
Patek z Piask

 

Antoni Norbert Patek z Piask stworzył w Szwajcarii firmę imperium, produkującą najdroższe zegarki świata. Wojciech Gładysz, zegarmistrz z Piask, od kilku lat chce w miasteczku otworzyć muzeum poświęcone zegarom i Patkowi. Może coś się w Piaskach wreszcie ruszy.

- A tak, śmieje się Lucjan Świetlicki. Car Mikołaj II był kolekcjonerem zegarków Patek. Sprowadzał je z Genewy. A ponieważ firma nie nadążała z zamówieniami, car dostał list, że kolejnego zegarka nie dostanie. Wytrzymał miesiąc. Zapakował w pudło serwis na 12 osób ze złota i emalii. I wysłał do Genewy razem z listem. W którym skarżył się na zaburzenia potencji spowodowane zmartwieniami z powodu braku kolejnego zegarka do kolekcji - opowiada Świetlicki, który o Aleksandrze Norbercie Patku z Piask wie najwięcej.

Handlował likierami 

Antoni Patek, chłopak z Piask, brał udział w powstaniu listopadowym, uczył się malarstwa, handlował likierami i winami, zajął się zegarmistrzostwem i założył w Genewie fabrykę zegarków precyzyjnych Lubelska 60Świetlicki powoli schodzi po stromych schodach. Pokazuje przebiśniegi w ogródku. I prowadzi pod kamienicę na 60. Przy ul. Lubelskiej. - W tym domu urodził się w 1812 roku Antoni Norbert Patek herbu Prawdzic. W rodzinie Joachima Patka i Anny Piaseckiej ze Skoczylasów. Człowiek, który stworzył w Szwajcarii firmę imperium produkującą najdroższe zegarki świata - mówi z dumą Świetlicki. Nauczyciel, regionalista, autor książek o Piaskach. Co prawda, to prawda. Na 150 urodziny firmy i na cześć Antosia z Piask wyprodukowano kieszonkową maszynę do mierzenia czasu z 33 funkcjami. Poszedł za równowartość 320 najdroższych mercedesów.

 Lubelska 48 

Wchodzimy do zakładu zegarmistrzowskiego Mariana Gładysza. Za drzwiami zaczyna się inny świat. Słychać tykanie setek zegarków i budzików, dyskretny szum szlifierki i oto zegarmistrz z lupą w oku.- Pierwszy budzik rozebrałem w warsztacie ojca, Jana Gładysza. Warsztat był w domu, gdzie urodził się Patek. Pracowałem razem z innymi uczniami. Jak przyszedł nowy, to mu się podrzucało dodatkowe kółko zębate. Składał, zostawało, rozbierał i tak w kółko.Na górze w mieszkaniu tyka kilkanaście zegarów ściennych. W kątach naprzeciwko siebie dwa zegary stojące.

- Jak ojciec umarł, jeden z nich stanął. Rozebrałem, wymieniłem co trzeba, stoi dalej. Jakby nosił żałobę. Rok mu trzeba było na wspomnienia. Ruszył sam z siebie - kiwa głową Marian Gładysz.

Napisał do Patka

Kiedy Świetlicki odkrył, w którym domu urodził się Antoś, napisał do firmy, że Piaski szczycą się Patkiem. Szybko dostał odpowiedź i materiały, o które prosił. Zaczął pisać historię życia Antosia, który mieszkał w Piaskach przez 10 lat. Patek po matce odziedziczył talent do malarstwa. Być może oglądał zegar na wieży pałacu w pobliskich Wierzchowiskach i zafascynował go skomplikowany mechanizm czasomierza?W 1839 r. Patek, który wyemigrował z Polski po upadku powstania listopadowego, otworzył w najdroższym miejscu w Genewie, przy Quai General Guisan, fabrykę zegarków. Perfekcyjny mechanizm i ozdobna koperta ze złota. Najpierw z polskimi motywami patriotycznymi. Zegarki dla bogaczy zrobiły furorę. Może dlatego, że Patek znał się z Mickiewiczem.  

Może muzeum Patka?  

Na pomysł muzeum zegarów poświęconego Antosiowi Marian Gładysz wpadł jakieś 8 lat temu. Wypatrzył sobie w Kozicach pod Piaskami zabytkową kordegardę. W sam raz na muzeum. Pomysł pochwalił Świetlicki.- Odpowiedzieli mi w Urzędzie Gminy, że najpierw trzeba budynek zinwentaryzować. Czekałem, a oni inwentaryzowali. Nie wiem, czy zdążyli. Zdążył zawalić się dach - mówi Gładysz.- Budynek jest w opłakanym stanie. Podjęliśmy decyzję, żeby wystawić go na sprzedaż - mówi Zbigniew Twaróg, sekretarz Urzędu Miasta i Gminy w Piaskach. - Może ktoś kupi i odremontuje - dodaje. A poza tym, to za daleko od Piask. Może nawet 30 kilometrów.- Co on plecie - denerwuje się Świetlicki. Bliziutko. I miejsce piękne. Ale jak sekretarz nie wie, gdzie jest kordegarda...  

Nakręcona przyjemność 

Średni czas pracy nad jednym zegarkiem Patka wynosi 11 miesięcy. Najcenniejsze kółka zębate szlifuje się po 40 godzin. Jedno cacko kosztuje 8 milionów dolarów.- I pomyśleć, że miałem patka w rękach - opowiada Gładysz. - Kilka lat temu przyjechał do mnie gość z Lubartowa. Odwinął z płótna pudełko. W środku złoty patek. I dokumenty z numerem seryjnym. Biedak nie wiedział, że może kupić za niego kamienicę. Niejedną. Pieniędzy, które chciał nie miałem. Wysłałem go do Warszawy - snuje opowieść zegarmistrz z Piask. I zabiera się za reperację starej delbany. Która składa się z nie więcej jak 100 części. Obudowy, sprężyny, przekładni chodu, wychyłu, balansu, włosa, tarczy, wskazówek. Ale duszę ma jak patek.- Do zegarków cierpliwość ma jak anioł. Do życia nie. Naprawa sprawia mu przyjemność - dodaje Helena, żona Gładysza.A gospodarz wyjmuje starą skrzynkę. Jeszcze po ojcu. Z zegarkami, które mieszkańcy Piask zostawili jeszcze przed wojną. - Już nie żyją. A zegarki na nich czekają. Wiernie - mówi Marian Gładysz. 

Zegarek na impotencję?

  - To coś dla naszych urzędników - mówią przechodnie z Lubelskiej, gdy pytamy ich o to, czy w Piaskach powstanie muzeum.- To trzeba chcieć - mówi właściciel jednego ze sklepów spożywczych. A tu nikomu nic się nic chce. Dorota Świst, pielęgniarka z miejscowej przychodni, choć pochodzi ze Świdnika i tam mieszka - to tak zakochała się w Piaskach, że chce w starym budynku warsztatów szkolnych otworzyć izbę pamięci. Zaczątek muzeum. I założyła w tym celu organizację pozarządową. Jedno jest pewne. Nie ma drugiego miasta w Polsce związanego z Patkiem i jedną z najbogatszych firm na świecie. Do muzeum Antosia Patka i Piask zjeżdżaliby się turyści z całej Europy. - A nawet świata - dodaje Świetlicki.

A jeśli w tym muzeum byłby kawałek ławy dla Jaszy, sztukmistrza z Lublina opisanego przez Singera, to tym bardziej. Na razie, Piaski śpią. Powoli zamieniają się w pustynię...


O zegarkach

Zegarki Patka nosili Einstein, królowa Wiktoria, car Rosji Mikołaj II, Ryszard Wagner, Piotr Czajkowski, Lew Tołstoj, Maria Skłodowska-Curie, Federico Fellini. Noszą Sophia Loren, Michaił Gorbaczow i Elton John, Karl Rummenigge, Franz Beckenbauer i Claudia Schiffer - tłumaczy Świetlicki.

Ponad 100 patków ma w swej kolekcji Polak Waldemar Ferri-Szczerbowski, który mieszka w Mediolanie i jest konsultantem szwajcarskiego domu aukcyjnego Antiquorum

 
Władek Panas

Profesor Władysław Panas, budowniczy i odkrywca magicznego wymiaru Lublina. Wypełniał swymi dziełami puste miejsca symbolicznej przestrzeni miasta, teraz sam pozostawił pustkę nie do wypełnienia. Trudno opowiedzieć w krótkim tekście o tak bogatych i różnorodnych zainteresowaniach Profesora. Będziemy mieli na pewno ku temu jakąś ważną okazję...  Nie pochodził z Lublina, lecz spod Kołobrzegu.

A do Lublina trafił przez Poznań - po tym, jak został w marcu 1968 roku aresztowany, a potem wyrzucony z tamtejszego Uniwersytetu Adama Mickiewicza za udział w protestach studenckich. Kilka tygodni 1968 roku spędził w więzieniu, skąd pisał: "Ubrano nas w buciki drewniane i koszule siedemnastowiecznych skazańców. Czuję się, jak Dzierżyński w carskim więzieniu. Jednakże nie jest mi wesoło. Martwię się o studia, o Matkę...". Trafił do Lublina, bo studia mógł podjąć tylko na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wspominał, że Lublin wydał mu się wówczas miastem bezbarwnym i prowincjonalnym. Powoli jednak w nie wrastał - aż stał się jego niezwykłym piewcą. Stworzył słownik-wizję, w którym miasto jawi się jako księga do odczytania pełna tajemnych miejsc, w którym Brama Grodzka jest kapsułą czasu, bo łączy dwie części nieistniejącego fizycznie, ale trwającego w kulturze miasta polskiego i miasta żydowskiego...  

Jego niewielka książeczka, zatytułowana "Oko cadyka", była pierwszym rozdziałem niezwykłego przewodnika po Lublinie, autorskiego i jak sam mówił - zarazem alternatywnego. Już pierwsze zdanie zupełnie zaskakuje: Profesor żąda, aby czytelnik wzniósł się do nieba, bo z ziemskiej perspektywy nie zobaczy nic ze spraw, opisania których podejmuje się autor. Plac Zamkowy - dowodzi w "Oku cadyka" - jawi się jako Axis Mundi, miejsce walki Dobra i Zła. Był przyjacielem Ośrodka "Brama Grodzka - Teatr NN". Jego pomysłu był sławny film o Lublinie "Magiczne miasto" nakręcony przez Nataszę Ziółkowską-Kurczuk, był konsultantem filmów Grzegorza Linkowskiego, w tym "Chasydzkiej ballady".Umiał jak mało kto cieszyć się tajemnicami miasta i je propagować. Kiedy w 1999 roku spacerował po Starym Mieście z Czesławem Miłoszem, ten wiekowy już poeta jakoś nie wyrażał aprobaty dla propozycji Panasa, by zobaczyli kaplicę św. Trójcy. - Pomyślałem, że jeżeli nie interesuje go sztuka, to może zainteresuje antysztuka - opowiadał Profesor, który wówczas powiedział Nobliście, że atrakcją kaplicy są pochodzące jeszcze z XVI wieku wydrapania na murze, jakie pozostawili jacyś wandale. W szerokim spektrum aktywności Profesora pierwsze miejsca zajmowała nauka. Od 1999 roku był kierownikiem Zakładu Teorii Literatury KUL. [...] Rozliczne zainteresowania Profesora nie zawsze zaowocowały książką, pozostawił wiele szkiców i rękopisów. Niemniej książki, jakie zostały wydane, znakomicie oddają kręgi tematyczne jego zainteresowań. Brunonowi Schulzowi poświęcił ostatnio książkę "Bruno od Mesjasza". Profesor okazuje się w niej wytrwałym detektywem w świecie kultury, który rozsupłuje zagadkę tkwiącą w niewielkich ekslibrisach wykonanych przez Schulza. Tematyka schulzowska była dla niego niezwykle ważna. Dał temu dowód, organizując w Lublinie największą w Polsce sesję naukową i kulturalną w 110. rocznicę urodzin autora "Sanatorium pod klepsydrą" i 60. rocznicę jego tragicznej śmierci.  Nie odwiedzi już Drohobycza. Nie musi, jest przecież gotowy na spotkanie z Brunonem Schulzem i teraz będzie już w końcu wiedział, co stało się z "Mesjaszem", zaginioną książką Wielkiego Drohobyczanina... 

Grzegorz Józefczuk, Gazeta Wyborcza Lublin, 25.I 2005 r.

sobota, 19 maja 2007
Rozmowa z Władysławem Panasem: Lublin - miasto aniołów

Nie ma już żydowskich ulic, szkół ani domów modlitwy. Piękne miasto, zwane Małą Jerozolimą, nie istnieje.

 

Na Lubartowskiej, Kowalskiej, Ruskiej, Kalinowszczyźnie, czwartku nie spotkamy już tych, co tu chodzili do pracy, na spacery czy modlitwę. Wszystko zostało przez Niemców wyrwane z korzeniami. Piękne miasto, nazywane Małą Jerozolimą nie istnieje. Z prof. Władysławem Panasem szukamy Jej śladów, by znaleźć korzenie wielokulturowego Lublina.



Kiedy w Lublinie zjawili się Żydzi?

 

– Na ten temat możemy jedynie snuć przypuszczenia. Wiemy natomiast, że w połowie XV wieku pojawiają się fakty, nazwiska i dokumenty. Wydaje mi się, że obecność Żydów można łączyć z królem Kazimierzem Wielkim. Od początku XVI w. w Lublinie istnieje gmina ze swoimi instytucjami, lokalizacją, prawami i jest to jedna z większych wspólnot żydowskich w państwie polskim. Od tego momentu obecność Żydów będzie podlegała nieuchronnej zasadzie: ich rozwój intelektualny, religijny i gospodarczy będzie wiązał się z sytuacją miasta. Jak Lublin się rozwijał i był na szczycie to i ta wspólnota była na szczycie. Kiedy podczas wojen kozackich Lublin wypadnie z historii Polski jako znaczący ośrodek, to samo stanie się z Żydami.

Z przybyciem Żydów do Polski i Lublina związana jest mityczna legenda?

– Kiedy Żydów wypędzano z Anglii, Hiszpanii, Francji, Niemiec, zawędrowali w stronę państwa polskiego. Królowie pozwolili im rozejrzeć się po kraju. Stanęli pod pięknym miastem, rozłożonym na wzgórzach. Weszli do gęstego lasu i na drzewach dostrzegli porozwieszane karteczki z wyjątkami z Tory. To jest dobre miejsce, bo tu ludzie słyszeli o Bogu – powiedział jeden z nich. Tu zostaniemy, aż przyjdzie Mesjasz i wybawi nas. Tu zostaniesz! Po hebrajsku brzmi Polin. Czyli Polska. Miastem z legendy był Lublin. Nic dziwnego, że później nazywano go Małą Jerozolimą.

Wspólnota żydowska nie mieściła się pośród innych stanów państwa polskiego. Komu podlegali Żydzi?

– Podlegali jurysdykcji królewskiej i w związku z tym byli osiedlani na terenach królewskich. W Lublinie wokół zamku. Od początku nie wolno było Żydom handlować na terenie miasta chrześcijańskiego, nie mogli tu nabywać nieruchomości ani tu się osiedlać. Żydzi z kolei monitowali królów i sejm, żeby w takim razie chrześcijanie nie mogli handlować na ich terenie. W Lublinie obowiązywały przepisy o wzajemnym nietolerowaniu się – ale na szczęście nigdy nie były do końca respektowane, co też widzimy do dziś. Na Podwalu (niegdyś mieście żydowskim) stoi klasztor i kościół św. Wojciecha.

Dlaczego?

– Ponad kuriozalne dekrety liczył się interes ekonomiczny, stąd obie strony pomagały sobie w ich obejściu. Trzeba tu dodać, że Lublin był wówczas miastem wielonarodowym. Jeszcze do połowy XVI w. mieszczaństwo lubelskie było mieszczaństwem niemieckim. W Piwnicy pod Fortuną unikalne polichromie opisane są po łacinie i niemiecku.

W jednym mieście były więc dwa miasta?

– I była to struktura schizofreniczna. W jednym organizmie miejskim funkcjonowały dwa miasta. Miasto żydowskie czyli gmina podzamecka miała nawet odrębny herb i radę. Co tu dużo mówić. Władcy Polski zgodzili się na obecność Żydów nie ze względów humanistycznych, ale zadecydował o tym zimny interes. Żydzi mieli kontakty międzynarodowe, powiązania i robili w Lublinie handel.

Jak obecność Żydów przekładała się na architekturę miasta?

– Trzeba pamiętać, że Podzamcze było terenem zalewowym i z tej racji ulice żydowskiego miasta wiły się i oplatały wzgórze zamkowe. Oprócz siedzib mieszkalnych musiały powstać szkoły, synagogi, cmentarz. O potędze Miasta Żydowskiego świadczy fakt, że w 1567 r. w Lublinie powstała Akademia Talmudyczna, na utworzenie której Żydzi dostali przywilej od króla, a rabin Salomon Luria, będący głównym nauczycielem otrzymał tytuł rektora. Działo się to w czasie, kiedy na terenie miasta chrześcijańskiego istniała zaledwie szkółeczka parafialna. Lublin, zwany odtąd Małą Jerozolimą, miał wówczas pozycję silniejszą od Krakowa. Jest miastem uczonych mężów, gdzie drukuje się święte księgi. Jest miastem mistycznym, gdzie w 1623 r. wydaje się księgę Zohar, do której druku sprowadza się z Italii unikalne czcionki i ornamenty.

W Lublinie powstaje wówczas niesłychany dziwoląg?

– Czyli Sejm Żydowski. W parę lat po lokalizacji Trybunału Koronnego powstaje w Lublinie Sejm Czterech Ziem (Wielkopolska, Małopolska, Litwa i Ruś), zwany także Sejmem Gromnicznym. I ten żydowski parlament funkcjonuje do 1764 r. Jest to absolutny fenomen.

Wróćmy do symbiozy i współtrwania Polaków i Żydów. Cóż to za legenda, która głosi, że na jeden dzień królem polskim wybrano Żyda z Lublina?

– Saul Wahl był raczej Żydem Litewskim. Po śmierci Zygmunta Augusta szlachta miała “wkurzyć” się na przedłużające się procedury i na polskiego króla wybrała bogatego bankiera, Saula Wahla. Panował jeden dzień. Tyle legenda. Ale na Podzamczu była synagoga, nazwana imieniem jednodniowego króla. Są nawet zdjęcia. Coś w tym musiało być.



 

Kiedy do Małej Jerozolimy przyjechał najsłynniejszy Żyd lubelski, znany jako Widzący z Lublina?

– Dokładnie nie wiadomo, bo mistycy nie prowadzą ścisłego rejestru. Można sądzić, że gdzieś około 1780 roku. Do Lublina przybył z Leżajska, był bowiem uczniem słynnego Elimelecha. Mieszkał w Łańcucie, Rozwadowie, i jak to zazwyczaj w historiach mistycznych bywa, Anioł kazał mu przyjść do miasteczka Wieniawa.

W mistycznej historii Lublina Anioł zadziałał drugi raz?

– Tak. Najpierw we śnie przyszedł do Leszka Czarnego i wręczył mu zwycięski miecz, którym król pobił Jadźwingów a w miejscy snu założył kościół św. Michała. Po raz drugi był u Widzącego. Z tej anielskiej perspektywy Lublin ma większe prawo, żeby się nazywać Miastem Aniołów niż Los Angeles. Nic nie słyszałem, żeby tam zachodzili Aniołowie, w tym Archanioł Michał...

Podobno Widzący pochodził z Lubelszczyzny?

– W większości światowych encyklopedii (nieraz jest w nich jedynym obywatelem Lublina) mówi się, że urodził się w Józefowie nad Wisłą. Osobiście podejrzewam, że chodzi o Józefów biłgorajski. Osiedlił się na Wieniawie. Dlaczego? Trzeba pamiętać, że chasydzi byli ruchem kontestatorskim. Ortodoksyjny judaizm traktował ich jak heretyków. Rabin lubelski nigdy nie pozwoliłby, żeby jacyś śpiewający i tańczący cadycy osiedlili się w Żydowskim Mieście w Lublinie.

Sława Widzącego szybko przekroczyła granice Wieniawy?

– Cadycy mieli charyzmę, a nie papiery. Mieli cudowne właściwości, leczyli, uzdrawiali, przewidywali przyszłość. Przyszedł taki moment, kiedy Żydzi lubelscy zamiast chodzić do swoich synagog szli na Wieniawę do Widzącego. Rabini głosili, że cudowne właściwości Widzącego są oszustwem niezgodnym z racjami nauki. Jednym słowem mówili to samo, co dziś uczeni medycy głoszą na temat medycyny niekonwencjonalnej.

A Widzący pomagał ludziom. Nie tylko duchowo?

– Potrafił wiele rzeczy przewidzieć. Zaradzić. W jakimś momencie Żydzi musieli go triumfalnie wpuścić. Zgodę na to wydał rabin “Żelazna głowa”. Kiedyś spytał Widzącego: Jak to jest, że do ciebie przychodzi tyle ludzi, a do mnie nie? Co to za tajemnica? Widzący odparł: Wiesz, bo tobie na tym zależy. A mnie nie! Masz powiedzieć, żeby do mnie przychodzili – nakazał rabin. Rzekł Widzący do Żydów: “Nie przychodźcie do mnie! Idźcie do rabina”. Wtedy wszyscy przyszli. Mało, zaczęli przyjeżdżać z zewnątrz.

Działo się to już na Szerokiej, pod numerem 28?

– Tam Widzący miał swój dom, na podwórku synagogę, obleganą przez tłumy.

Tam nauczał, modlił się?

– W przypadku charyzmatyków, jakimi byli cadycy, wszystko jest nie takie. W pewnym sensie się modlił, w pewnym sensie nauczał. Dla chasydów modlitwa to nie tylko recytowanie. Modlitwą było dla nich wszystko. Jedzenie, picie, akt seksualny, taniec całym ciałem i o każdej porze. Na przykład biesiadowanie było jedną z podstawowych form chwalenia Pana Boga.



 

Biesiadowanie?

– Tak jest. Lubelski cadyk miał to do siebie, że bardzo mocno akcentował biesiadę, mocno zakrapiając ją alkoholem. Miał nawet pewną teologię, uzasadniającą picie gorzałki. Do dziś w niektórych wspólnotach chasydzkich gorzałka jest alkoholem sakralnym.

Dlaczego?

– W teologii picia Widzący uwzględniał dwa argumenty. Jeden akcentuje, że gorzałka jest kiepskim alkoholem. Cadyk powiadał: Widzisz Boże, jak my tu się męczymy, spijając całą gorycz świata. Gorzałka jest ekstraktem goryczy, którą znosi się w oczekiwaniu na zbawienie. Drugi argument podkreślał moc trunku. Z tej perspektywy najlepszy był spirytus, jako symbol ognia, wypalającego zło. Jest jeszcze trzeci punkt tej teologii. Picie nie za dobrze świadczy o pobożnych. Zły interesuje się pobożnymi, ma ich pod kontrolą i patrzy co robią. Widzi, jak my sobie tu przy kieliszeczku przepijamy do siebie, sobie dobrze życzymy i nabiera przekonania, że to wcale nie tacy pobożni i święci jak by się mogło wydawać. Po wypiciu tańczą na stołach i `śpiewają, więc może w ogóle to są niepobożni ludzie. A może w ogóle już upadli? Więc Zły nabiera przekonania, że nie ma co się na nich skupiać, wytężać diabelskiej energii, żeby ich sprowadzić do upadku, bo o­ni już upadli. I odpuszcza im. Picie jest elementem przechytrzania Złego, składnikiem strategii w walce z Szatanem.

Czy wszyscy to podzielali?

– Widzący miał ucznia, który był totalnym abstynentem. Kiedyś odwiedził swojego Mistrza. Mistrz się ucieszył, wyłożył na stół szklaneczki, gorzałkę , nalał, wypił, a uczeń nie! Nie chciał zrobić przyszłości, więc użył swoich sił mocy i szklanka pękła. Widzący wykładał kolejne szklanki, uczeń się natężał. Tak pękły wszystkie szklanki. Wreszcie Widzący uderzył w stół i mówi: Słuchaj, ale ja nie mam więcej szklanek. Tak było.

Widzący widział wiele. Nie przewidział chyba swojej tragicznej śmierci?

– Widział wiele. Już w dzieciństwie płakał krwawymi łzami i prosił Boga, by zabrał mu trochę niezwykłych mocy. Parę lat chodził z chustą na oczach. Przez całe swoje życie molestował Boga w sprawach zbawienia. Żeby wreszcie przyszedł Mesjasz i skończył Jego męki. Całe życie wypatrywał znaków niebieskich, oznajmujących przyjście Mesjasza. I modlitwami, postami i magicznymi działaniami próbował pomóc Mesjaszowi w nadejściu, wywołując koniec świata.

Jak umarł Widzący?

– Dokładnie w 1814 r, kiedy Napoleon otrzymał zasadniczy cios, Widzący został wyrzucony przez nieznane moce przez okno na bruk. Nie zginął. Zaczęło się sto dni Napoleona. 15 sierpnia 1815 r. Widzący odszedł z tego świata.

Do dziś na Jego grobie, znajdującym się na starym kirkucie, modlą się Żydzi z całego świata. Podobno Widzący nadal ma niezwykłą moc i życzliwie spełnia prośby pobożnych?

– Wierzy się, że miał i ma nadal lepszy kontakt z Bogiem. Stąd wiara, że jest w stanie nadal pomagać ludziom. Ci, co modlą się przy grobie, czekaj na Mesjasza.

Kiedy przyjdzie?

– Nie wiadomo! Idzie w każdej sekundzie.



 

Zostawmy Widzącego. Czy z chwilą śmierci cadyka kończy się okres świetności Małej Jerozolimy?

– Nie. Zwieńczeniem całego ciągu świetności Żydowskiego Miasta w Lublinie będzie otwarcie w 1930 r. kolejnej Akademii Talmudycznej, która niestety pracowała tylko dziewięć lat.

Jaki jest wkład żydowskiej wspólnoty w dorobek pokoleń żyjących w Lublinie?

– Mamy wielki kłopot z dziedzictwem Rzeczypospolitej. Nie umiemy unieść spadku po wielu narodach, religiach i kulturach. Nie umiemy nawet określić co jest nasze w tym dziedzictwie. Co jest polskie? Bo gdybyśmy chcieli szczerze na to odpowiedzieć, to wielkie rejony dziedzictwa nie są nasze.

A jeśli powiemy o kulturze Rzeczypospolitej?

– To musimy mówić o wszystkim, co zostało stworzone na jej terenie przez żyjących tu obywateli. W tym Żydów. Jeśli tak, to cały dorobek Żydów lubelskich jest częścią kultury Lublina i Rzeczypospolitej. Tak jak i dorobek innych obywateli. Tych prawosławnych, tych grekokatolickich i tych ewangelickich.

Kto zaprzecza temu dorobkowi?

– Wyznaje skarlałą wizję historii.

Czy w tej wizji mieszczą się dzisiejsze echa lubelskiego antysemityzmu?

– W pewnym sensie tak. Ale sądzę, że jest to bardzo marginalny wątek.

Czy na pewno. Kiedy Tomasz Pietrasiewicz z Teatru NNzbudował makietę Żydowskiego Miasta w Lublinie i wciąż próbuje szukać w Lublinie śladów Małej Jerozolimy, zarzucono mu, że inwentaryzuje pożydowskie mienie, po to by Żydzi mogli je sobie wygodnie odebrać. Czy to nie kwestia antysemityzmu?

– Jeśli tak było, to jest to raczej kwestia psychiatrii i zaburzeń lękowych. Nie ma to nic wspólnego z mądrym spojrzeniem na przeszłość Lublina, o którym dziś mówimy. Znów powraca problem uniesienia wielokulturowego dziedzictwa. Dla wielu z nas jest to być może za duży garnitur.

Żydowskie miasto zniknęło bezpowrotnie podczas wojny. Wraz z jego zniknięciem skończył się także okres świetności miasta. Zaczął się zjazd w dół, który trwa do dziś. Klątwa jakaś, czy co? Dlaczego nie umiemy skorzystać z wielkiego dziedzictwa wielonarodowego Lublina?

– Nie wiem, czy klątwa, czy nie. Pewnie splot przyczyn złożył się na to, że ostatnie wieki nie były dobre dla tego miasta. Myślę, że dziś jesteśmy w ekonomicznej kropce. Żyjemy nadto kurczowo uczepieni snu o potędze Lublina. A co ciekawsi ludzie, jak niegdyś Czechowicz, odpływają z tego miasta w poszukiwaniu lepszego losu. Ale to już temat na ekonomiczną, nie duchową rozmowę.


Całun lubelski

Kiedy kilka miesięcy temu po raz pierwszy stanąłem przed otwartą trumną biskupa Andrzeja, który przed wiekami miał zwieźć do lubelskiego klasztoru O.O. Dominikanów relikwie Krzyża Świętego, potem zuchwale chciał je podzielić i część do Krakowa wywieźć – wyobraziłem sobie, jak potajemnie wyjmuje święte drzewo z relikwiarza i uderza w nie dłutem. Po wyjściu z krypty myśl o podłużnej rysie na krzyżowym drzewie stała się moją obsesją, jaką bywa czasem zobaczona raz w tłumie kobieta. Wielokrotne rozmowy z klasztornymi braćmi, wspominającymi skradzione w 1991 r. relikwie tylko wzmocniły obraz. Pęknięty krzyż pojawiał się w moich snach, ale nic nie wróżyło tego niesamowitego dnia, kiedy na własne oczy zobaczyłem, jak wyglądało święte drzewo, przez wieki schowane w relikwiarzu.... 

A wszystko zaczęło się w 1253 roku, kiedy w Lublinie zjawili się polscy dominikanie, by wraz ze św. Jackiem założyć tu pierwszy kościół i klasztor. Wędrując z Krakowa na Litwę i Ruś, musieli wędrować przez Lublin, gdzie istniał już gród, zamek i siedziba archidiakona. Ponoć zatrzymali się w kościele św. Mikołaja na Czwartkowym Wzgórzu. Przed ich oczami rozciągało się zamkowe wzgórze, zwodzony most i gród, obwiedziony murami. Czy wtedy ich uwagę zwrócił plac szeroki i wielki nad stromą skarpą zawieszony? Czy przypuszczali, że sto, a może dwieście lat później biskup Andrzej zwiezie do Lublina relikwie krzyża, na którym umierał Chrystus? A klasztor, stojący w tym miejscu, stanie się miejscem pielgrzymek i znakiem spotkania nieba z ziemią. Święte gwoździe! Najstarsze przekazy o odnalezieniu krzyża, na którym umarł Chrystus – wspominają przybycie cesarzowej Heleny do Jerozolimy, odszukanie trzech krzyży oraz cudowną historię uzdrowienia umierającej kobiety. Miało stać się to w 326 rCesarzowa miała zidentyfikować krzyż Chrystusa po tabliczce, odnalazła również Święte Gwoździe, przytrzymujące jego ciało. W miejscu znaleziska nakazała wznieść świątynię. Krzyż został podzielony na części, stając się dla chrześcijan na całym świecie najbardziej przejmującą pamiątką po Chrystusie.Cząstki krzyża trafiły do Polski w I połowie XII w. Najwcześniej do średniowiecznych opactw i klasztorów. Szczególną wagę zyskał kult cząstki, przechowywanej w opactwie benedyktynów na Łysej Górze.

Cuda

Kiedy do lubelskiego klasztoru trafiły relikwie, będące jednym z dwóch największych ocalałych fragmentów krzyża – za jego sprawą w Lublinie zaczęły się zdarzać cuda... Dłutem w drzewo krzyża Cudowną historię sprowadzenia relikwii wymalowano na obrazach, tkwiących za głównym ołtarzem. Oto Andrzej, biskup kijowski, zwiózł je do Lublina, by dalej umieścić w Krakowie. Skrył je potajemnie w powozie, ale konie ruszyć nie chciały. Skoro biskup wysiadł z powozu i relikwie wyniósł, konie ruszyły. Kiedy i za drugim razem zdarzyło się to samo – biskup uznał w tym zdarzeniu wolę Bożą i drzewo krzyża w Lublinie pozostawił. A więc stanąłem przed trumną biskupa Andrzeja. Tego Andrzeja, co później poproszony przez plebana z kościoła farnego o cząstkę świętej relikwii, bierze dłuto i uderza w drzewo krzyża, by je rozdzielić. Drzewo pęka, ale dłuto ześlizguje się i przebija na wylot dłoń biskupa. Tego biskupa, co przerażony pada na kolana i w pokornej modlitwie przeprasza Boga za swój upór. I staje się cud. Doznaje natychmiastowego uzdrowienia skaleczonej dłoni... 

A więc to Ty? 

Zaledwie dwa metry posadzki z pokrzywionych cegieł. Nad otwartą trumną draperia z czerwonej tkaniny. A w trumnie? Najpierw zobaczyliśmy biskupi strój, który skrywał biskupa Andrzeja. W miejscu, gdzie powinny być nogi, dwie skrzyżowane piszczele.Dłonie schowane w rękawach. Biskupia tiara. Stuła. Zaraz, zaraz, a gdzie twarz? Pod tiarą nie było nawet czaszki. A więc to Ty, biskupie Andrzeju, który otoczyłeś opieką święte relikwie. Pilnowałeś je do samego końca. Byłeś ich strażnikiem. Do 1991 roku, kiedy skradziono je zuchwale. Czy bezpowrotnie?Po wyjściu z krypty myśl o podłużnej rysie na krzyżowym drzewie stała się moją obsesją, jaką bywa czasem zobaczona raz w tłumie kobieta o tajemniczej urodzie lub złowiony z okna pociągu krajobraz.  

Na tropie Relikwi.

Pamiętnego ranka, kiedy jeden z zakonnych braci zobaczył sforsowaną kratę do kaplicy, a potem z bólu zadrżało mu serce, gdy na ołtarzu nie było relikwiarza, co przez wieki chronił Lublin – w klasztorze zapanowała żałoba. – Wspomnienie tego dnia to rozdrapywanie ran. Zdarzało mi się przez kilkanaście godzin trzymać relikwiarz, by mogły go dotknąć tysiące rozmodlonych ludzi. A tu, Boże daj z tym wytrzymać, taki cios. W samo serce – mówi ojciec Waldemar Kapeć, co z lubelskich Dominikanów o Świętych Relikwiach wie najwięcej.– Gdyby jakimś cudem odnalazły się za naszą granicą i nigdy nie miały tu wrócić, to chciałbym jednego, żebyśmy mogli je raz w roku wypożyczyć i podczas odpustu wystawić – mówi ojciec Hieronim Kaczmarek, przeor lubelskiego klasztoruGdzie dziś są relikwie, nie wie nikt. Czy wywieziono je za wschodnią granicę. Czy, ukryte w Lublinie, czekają na sposobność wywiezienia?– Choć śledztwo w tej sprawie zostało umorzone, to sprawdzamy każdy sygnał, w każdej chwili gotowi do dalszych poszukiwań. Odnalezienie relikwii jest dla nas priorytetową sprawą – mówi policja.Czy po drzewie krzyża nie został żaden ślad? Chociaż mały okruszek? A jednak jest! Oto na kilka tygodni przed kradzieżą ks. abp. Bolesław Pylak chce sprawdzić, w jaki stanie znajduje się Święte Drzewo, tkwiące w relikwiarzu.– Chciał stwierdzić, czy nie będzie potrzebny konserwator. Pamiętam, że relikwiarz został zdjęty z ołtarza. Z tyłu były specjalne drzwiczki, po otwarciu których można było dotknąć krzyża. Ale, żeby wyjąć krzyż, trzeba było relikwiarz rozkręcić. Podczas oględzin z Drzewa, na którym umarł Chrystus, oderwał się maleńki okruszek, natychmiast schowany do małego relikwiarzyka. Chronimy go jak największy skarb – wspomina ojciec Waldemar. Całun turyński Myśl o pękniętej relikwii wciąż nie dawał mi spokoju. Ojciec Waldemar potwierdził, że Święte Drzewo, tkwiące w relikwiarzu było pęknięte i związane złotym drutem.

A więc wszystko się zgadzało.Pęknięta relikwia, zuchwale skradziona w 1991 r. odżywała wciąż w moich myślach. Nie wiem dlaczego kojarzyła mi się z turyńskim całunem? Może dlatego, że już sama świadomość myśli, iż płócienne prześcieradło, w które zawinięte zostało złożone w grobie ciało Jezusa Chrystusa przechowało się do dziś – wydaje się zupełnie nieprawdopodobna...Tak jak zupełnie nieprawdopodobne wydawało mi się to, że mogłem na własne oczy zobaczyć prawdziwy wizerunek Świętych relikwii. Tak jak na turyńskim całunie, wyraźnie odbitych w skali jeden do jeden... 

Tajemnica ojca Ruszla 

Ojciec Paweł Ruszel był w 1611 roku świadkiem cudownego wydarzenia w lubelskim kościele dominikanów. Oto na obrazie Matki Bożej, zawieszonym w ołtarzu przy filarze – wystąpiły krople oliwy, łudząco podobne do łez.Od tego czasu stał się promotorem Krzyża św. i poświęcił mu dwa dzieła: “Fawor niebieski”, wydany w 1649 r i “Skarb nigdy nie przebrany” (1655).Do “Faworu niebieskiego”, wytłoczonego w lubelskiej drukarni Jana Wieczorkiewicza ojciec Ruszel dołączył osobną, rozkładaną planszę z odciśniętym wizerunkiem drzewa Krzyża.Żeby to zrobić, wielebny ojciec musiał zyskać pozwolenia najwyższych władz, by Święte Drzewo z relikwiarza wyjąć. A wyjąć mógł go tylko biskup. Tak też się stało. Największy skarb chrześcijańskiej Europy z relikwiarza powędrował na stół, przy którym zasiadł średniowieczny artysta, by przygotować replikę, potrzebą do wydrukowania wizerunku. Miał do wyboru dwie drogi. Albo przez kilkanaście tygodni mozolnie rzeźbić w kawałku drewna kopię relikwi, albo na samą relikwię nałożyć trochę drukarskiej farby i odcisnąć ją na papierze, a potem z tak przygotowanego “całunu” rzeźbić formę do drzeworytu...Jakby nie było, moim marzeniem było dotrzeć do dzieła ojca Ruszla. Pamiętam chwilę, kiedy ojciec Waldemar wyłonił się z mrocznych czeluści korytarza i rozłożył przede mną niezwykłą księgę. Zaczęliśmy ją przeglądać stronę po stronie. Wśród rozlicznych wizerunków tego jednego, najważniejszego nie było. Okazało się, że w klasztorze lubelskim przechowuje się drugie, skromniejsze wydanie, już bez bezcennego drzeworytu. Gdy wychodziłem z zakrystii, poszedłem spojrzeć na portret ojca Ruszla. Uśmiechał się z obrazu bardzo zagadkowo. Czy mogło być inaczej, skoro według legendy od czasu do czasu ojciec Ruszel schodzi z nieba na ziemię i milcząco przechadza się po kościele... 

Czyżby całun lubelski? 

A pęknięta rysa na “Przenajszlachetniejszym Drzewie” wciąż odżywała w moich myślach. Znów stawała się obsesją, jak twarz kobiety, przelotnie zobaczonej w tłumie. Niekiedy przelotnie w moich snach pojawiał się lubelski całun: złożona na cztery części karta z wizerunkiem relikwii. I stał się cud. Zupełnie przypadkowo, podczas telefonicznej rozmowy, usłyszałem o zagadkowej rycinie, przechowywanej w zbiorach Muzeum Lubelskiego. Na której miał widnieć niezwykły obraz relikwii z lubelskiego klasztoru. Czyżbym trafił na ślad lubelskiego całunu? Zgodziło się wszystko! Cud zdarzył się za sprawą kobiety. Nie wiem, czy tej zobaczonej kiedyś przypadkowo w tłumie. Ale smukłe dłonie tej, która za chwilę miała mi pokazać dzeworyt, odbity na czerpanym papierze – zawsze będą mi się kojarzyć z cudowną historią Świętych Relikwii.W dłoniach Renaty Bartnik, kierownika Gabinetu Rycin Muzeum Lubelskiego zobaczyłem brązowe odbicie Relikwii z naniesionymi rysami. Szczególnie z rysą pęknięcia.Zgadzało się wszystko. Pani kustosz potwierdziła, że leży przed mną osobna, rozkładana plansza z dzieła ojca Ruszla z odbiciem Świętego Drzewa w “naturalnej wielkości”. Jedyny, zachowany w Polsce wizerunek bezcennych relikwii. Odbitych ze Świętego Oryginału... 

Całun lubelski 

Pochyliliśmy się nad drzeworytem, który dla chrześcijan jest bez wątpienia najcenniejszą “grafiką”, przechowywaną w muzeach świata. Wpatrywałem się w ślad pęknięcia, tworzący wstęgę. Najbardziej zagadkowe okazały się odbicia, przypominające ślady gwoździ. Czyżby tych, na których wisiało cierpiące ciało Chrystusa?– Drzewo pokryte jest układem różnorodnych linii, tajemniczych odbić, z których jedno kształtem przypomina liść. Najbardziej zagadkowe wydają się odbicia w kształcie zbliżonym do koła, przypominające płaczące oko. Czy to ślad po gwoździach, nie wiadomo – tłumaczy Renata Bartnik.A co na to sam ojciec Ruszel? Wszak to za jego sprawą do dzisiejszych czasów przetrwał lubelski Całun? W “Faworze niebieskim” czytamy, że ciało Jezusa utrzymywało się na gwoździach, wbitych w krzyż. Ojciec Ruszel szczególnie wspomina to miejsce drzewa długiego, “do którego były nogi Pańskie przybite” ( Fawor niebieski, część I, str. 21).Skoro lubelskie relikwie należały do dwóch największych części autentycznego drzewa krzyża, na którym wisiał i umarł Jezus, to jest prawdopodobne, że do ich wykonania użyto najświętszych partii krzyża – tych najbardziej nasiąkniętych cierpieniem i krwią. Wówczas w bezcennym lubelskim całunie zaklęta jest pamięć o cierpieniu Jezusa i Jego ofierze. I skoro w Lublinie nie ma już Świętych Relikwii, zostaje nam to tylko, krzyża świętego znamię...  

Niewidzialny kościół

Ona:

Witamy na blogu poświęconym Lublinowi. Jest dla wszystkich zakochanych w naszym mieście. Albo dla tych, którzy jeszcze nie widzą jego czułych miejsc. Są zapachy, są odcienie, jest dotyk. Nie zapomnę, jak zaprowadził mnie na Plac po Farze. Opowiedział archanielską legendę.

W 1282 roku na ziemię lubelską napadli Litwini i Jadźwingowie. Dowiedziawszy się o tym Leszek Czarny wyruszył z Krakowa na pomoc, lecz gdy przybył do Lublina, nieprzyjaciela w mieście nie zastał.
Strudzony zasnął pod dębem. We śnie ukazał mu się św. Michał Archanioł, podał mu miecz i kazał iść na nieprzyjaciela dla odniesienia zwycięstwa. Leszek ruszył ze swoim wojskiem na wrogów i zgromił ich. Dziękując
Bogu za odniesione zwycięstwo, postanowił ufundować w Lublinie kościół pod wezwaniem św. Michała. Kościół wzniesiono w miejscu w którym rósł potężny dąb.

Pień dębu był ukryty w mensie ołtarza. Dziś mogę się tylko domyślać, w którym to dokładnie miejscu. Odmierzam więc kroki.. i stoję w miejscu mocy. Wierzę w ten lubelski czakram. A kiedy już jestem tam, gdzie przyszedł Archanioł Michał i gdzie później stanął jeden z najważniejszych elementów niezwykłego kościoła, staram się poczuć ten przepływ anielskiej energii. Udało się, kiedy w tym samym czasie mogłam przytulić bliską mi osobę.

On:

Wystarczy stanąć w zaułku ciasnej uliczki Ku farze, zamknąć oczy i zobaczyć niewidzialny kościół. Dziś są zarysy fundamentów. Zaprowadziłem Ją na miejsce, gdzie przed wiekami zbudowano ołtarz. W jego mensie skrywając pień dębu, pod którym Archanioł Michał przyśnił się Leszkowi Czarnemu.

Rankiem słychać tu szum anielskich skrzydeł. Tak było i tym razem. Z piekarni przy Kowalskiej pachniało chlebem, na Złotej rozdzwoniła się sygnaturka. Staliśmy w miejscu, gdzie zstąpił anioł. Pamiętam, jak Władek Panas opowiadał mi, jak w tym miejscu pulsuje anielska moc. Wierzyłem, że cząstka tej dobrej energii przepływała obok nas. Że drobinka przeniknie do naszych serc. Chciało się żyć.

W starych kronikach zapisano: "Fara, na ulicy Grodzkiej, przez króla Leszka Czarnego po zwycięztwie nad jadźwingami i Litwą, na cześć Archanioła Michała w roku 1282 wystawiona. Starożytny ten gmach z wieżą nad wszystkie inne nad miastem panującą, z pyszną potrójną kopułą, przez lat blisko sześćset najpiękniejszą jest ozdobą odległej panoramy miasta. (...) Ołtarzy jest dziewięć, niektóre bardzo zniszczone, sklepienia kościoła mocne, wielkie, gotyckie; posadzka marmurowa; pokrycie z dachówki."

"W ostatnich czasach nachylił się wierzchołek spiczasty, co tak przeraziło mieszkańców, w bliskości domy mających, że pomimo zebranych już znacznych składek na odnowienie wieży, sami usilnie dopominali się rozebrania takowej. Albertow gubernator postanowił całkowite rozebranie, które w r. 1858 zupełnie ukończono."

"Dziś jeszcze wielka ilość osób żyje, co widziały ów pień pod ołtarzem w kościele św. Michała. Kościół ten miał szczególną postać tak, że do żadnego innego kościoła porównać się nie daje; osobliwość tę stanowiła nadzwyczaj krótka a szeroka nawa i przy niej nadzwyczaj wysoka wieża i bardzo stromy dach na części kapłańskiej. Ogólny styl był gotycki."